top of page
Szukaj

Selimos x Nurbi 02

  • Zdjęcie autora: Sehzade Selim
    Sehzade Selim
  • 4 lip 2018
  • 4 minut(y) czytania

Selim i Nurbanu Sultan

Rozdział 2

Tytuł:

❝Ptaszek wyfrunął z klatki❞


Jednym głytem wypiłem zawartość złotego kielicha. Pewniejszy siebie poprzez alkohol krążący w mojej krwi i zwiększoną liczbę promili, które dawały o sobie znać, rzuciłem naczynie o kamienną posadzkę, tym samym je niszcząc w drobny mak. Otarłem czerwone od trunku usta podziurawionym rękawem. Nadal byłem zbyt trzeźwy, aby przekroczyć próg tego pałacu i wyjść na zewnątrz. To zbytnio wiązało z narażeniem się. Cały świat by mnie ujrzał. I wszystko zaczęłoby się od nowa. A plotki na mój temat nie miałby końca. Chociaż i tak zrobiłem już postęp, wychodząc poza moją komnatę, w której tkwiłem wiele miesięcy. Sądziłem, że to dobry i spory krok do odzyskania emocji, jakie posiadałem jeszcze w przeszłości. Czegoś innego od obojętności, trawiącej moje serce od dłuższego czasu.

Wyciągnąłem z kieszeni kaftana małą buteleczkę, zawierającą oczywiście wysoko procentowy napój. Otworzyłem ją i wydudlałem do dna na jednym oddechu. Czując smutek i rozgoryczenie, spowodowane końcem tego cudownego płynu, postanowiłem ruszyć przed siebie. Wtedy moja świadomość na chwilę odmówiła mi posłuszeństwa. A głowa dała o sobie znak, że może trochę przesadziłem z dzisiejszą dawką tego karminowego trunku. Zachwiałem się na nogach, próbując zrobić pierwszy krok. Podparłem się dłonią o marmurowy słup. Starałem się zregenerować siły, aby móc ruszyć w dalszą podróż. Spróbowałem kroczyć dalej. Niechybnie każde kolejne stąpnięcie, obfitowała kolejną utratą równowagi. Przewróciłem się prosto na okno. W końcu ujrzałem świat przez czystą szybę, takim jakim był. Słońce świeci nad horyzontem, ofiarowując ziemi liczne promienie i ogrzewając ją. W ogrodzie trwał gwar. Soczysta zieleń dominowała na tym obrazie, nie ustępując kolorowym kwiatom, obficie kwitnącym w klombach. Nieopodal altanki bawił się mój syn – Murad. Rozpoznałem go nawet z takiej odległości. Jak mógłbym tego nie zrobić? Był naprawdę żywiołowym i głośnym chłopcem. Miałem rację… Wyrósł przez ten czas, kiedy go nie widziałem. Niestety życie płynęło nieubłaganie. Wtedy na moment zrobiło mi się przykro, że nie mogę uczestniczyć w jego dorastaniu. Ale właśnie tak miało być lepiej. Kiedy ja z daleka będę oglądał szczęśliwy obrazek mojego dziecka.

Coś we mnie kotłowało się i nie dawało spokoju. Oparłem głowę o szkło i oczyma śledziłem postaci krążące według mnie bez żadnego wyższego celu po ogrodzie. W oddali ujrzałem sułtankę Nurbanu, która spokojnie siedziała na ławce i delektowała się pięknem natury. Wszystko tam na dole wydawało się takie spokojne i uporządkowane. Zupełnie inne od mojej egzystencji. Właśnie dlatego nie powinienem burzyć tego ładu. Ci ludzie tak bardzo zajęci swoją pracą, uwijający się jak mróweczki, chodzący w kółko jak zapętleni przez los, nie byli gotowi na chaos, jaki miał wedrzeć się do ich uporządkowanego świata. Wtedy mocno wahałem się nad tym co powinienem zrobić, jednakże alkohol coraz bardziej przejmował władzę nad moim umysłem, całkowicie wypierając podstawy logiki jakie jeszcze posiadałem, a także wstyd i nieśmiałość. Budziła się we mnie dawno uśpiona agresja, którą próbowałem ujarzmić od miesięcy.

Coraz bardziej zdegustowany widokiem rozbawionych służących, zmierzałem gibkim krokiem przez długi korytarz. Otwierałem każde napotkane na mojej drodze drzwi. Potrzebowałem więcej wina. Oh tak! Tylko on mogło mi teraz pomóc. Nic innego nie było w stanie uspokoić mojego kołaczącego serca. Snułem się dalej nie zważając na pomieszczenia, jakich wrota otwieram bez pukania. Nie podniecił mnie już widok dziewczyn kąpiących się w hammamie ani Gazanfera w toalecie. Szukałem czegoś specjalnego, jedynego lekarstwa, a nie taniej uciechy. Nie potrafiłem zadowolić swoich oczu tak nędznymi scenami, za które kiedyś oddałbym wiele.

Nareszcie znalazłem kuchnię. Na wysokiej szafce ustawione były butelki z rubinowym napojem. Wlazłem do środka, nie zwracając uwagi na kucharzy, krzątających się i zapewne przygotowujących obiad. Sięgnąłem na najwyższą półkę po manierkę. Praca na wysokościach zdecydowanie nie służy pijakom… Zachwiałem się stojąc na palcach, a moja nienaganna postawa niczym baletnicy, uległa gwałtownemu zachwianiu, połączonemu z brakiem koordynacji i równowagi. Upadłem jak długi na szafę, demolując całą jej zawartość i tłukąc szklane flakony, stojące na niej. Przez chwilę leżałem bez ruchu pod stertą tego szkła. Nabrałem głębokiego oddechu i wygramoliłem się spod niej. Moje ciało było lekko pokaleczone, ale nie zważałem na to. Ostatnia flaszeczka wina nadal stała w nienaruszonym stanie. Wspiąłem się po drewnianym regale i chwyciłem ją w garść. Następnie pokłoniłem się przed całym zbiorowiskiem i wyczołgałem na kolanach na korytarz, gdzie spokojnie mogłem wypić całą zawartość.

To też od razu uczyniłem. Nie pozostawiając na dnie ani jednej kropli. Ukontentowany i w pełni spokojny już byłem gotowy, aby opuścić pałac. Wstałem na uginające się pode mną nogi, wspierając się na ścianie. Ponownie wyjrzałem przez okno. Sytuacja na zewnątrz nie zmieniła się. Wszyscy nadal zajęci byli sobą. Niczym nie zdenerwowani, bez problemów i wszelakiego stresu. Postanowiłem tym razem na złość im zachwiać ich piękno i dobro. Obudzić się we mnie prawdziwy Selim, pełen smutku, rozgoryczenia, szaleństwa i irracjonalności. Skoro oczekiwali mnie, nie mogłem ich zawieść. A w zamiarze miałem zrobić sobie całkiem dobre wejście.

Oddaliłem się o kilka kroków od okna. Skubnąłem w długą, rudą brodę. I bez zastanowienia zacząłem biec w stronę szyby. Wykonałem skok. Szybko przebiłem ją w pół, rozwalając w drobny mak. Po chwili już byłem po drugiej stronie i spadałem w dół, niczym młode pisklę, nie umiejące jeszcze latać. Trwało to może kilka minut, ale muszę przysiąc, że to najdłuższe kilka minut w moim życiu. Całe życie przeleciało mi między oczyma. Zaraz potem leżałem już na zimnym bruku nieopodal trawnika. Z trudem otworzyłem swoje powieki, próbując rozejrzeć się. Nad głową ujrzałem stopy, po butach byłem w stanie poznać, kto stoi obok mnie. W rzeczy samej była to Nurbanu.

- Kochanie, przyszedłem. Tak jak prosiłaś – wymamrotałem, plując na bok krwią, która wypływała z ogromnej dziury w moim czole i kapała prosto do moich ust. Nie mogłem się poruszać. Czułem ogromny ból w klatce piersiowej. Jak sądziłem złamałem kilka kości, a żeber to już w szczególności. Miałem przeświadczenie, że czeka mnie parę miesięcy leżenia. Ale czyż nie było warto? Wszyscy zwrócili na mnie swoją uwagę. Znowu zostałem głównym aktorem tego przedstawienia. I tak wiedziałem, że wykaraskam się z tego. Więc można powiedzieć iż nie czułem obawy o moje zdrowie. Liczyła się tylko atencja mojej służby. Przecież złego diabli nie biorą.


 
 
 

Comments


bottom of page