Selimos x Nurbi 01
- Sehzade Selim
- 28 cze 2018
- 4 minut(y) czytania

Selim i Nurbanu Sultan
Rozdział 1
Tytuł:
❝Spotkajmy się w ogrodzie naszej miłości❞

Minęło już trochę czasu od kiedy przybyłem do Diyarbakır z moimi najbliższymi. Upłynęło wiele dni od początku mojej tułaczki niczym powrót Odyseusza do domu. Ja jednakże nie wiedziałem, czy kiedykolwiek będzie mi dane wrócić do stolicy i łask sułtana. Nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zobaczę jeszcze widok seraju i ubłaganego przeze mnie tronu. Nie uznałbym, że zdążyłem się już zadomowić w moim nowym, skromny i nieco niewyremontowanym pałacyku. Czas jednak leciał szybko i nieubłaganie. Przynajmniej dla mnie. Osoby, która spędzała dnie w samotności w swojej komnacie, rzadko stamtąd wychodząc. Była to próba odizolowania się od świata i doczesnych problemów, z jakimi nie chciałem mieć nic wspólnego. Wstyd przyznać się, ale nawet nie orientowałem się w położeniu komnaty mojego syna, ani innych ważnych pomieszczeń. Nie starałem sobie zaprzątać tym głowy. Miałem swój świat, do którego nie wpuszczałem nikogo. Sam zapyziałem w swoim pokoju. Przestałem dbać o własną higienę jak i pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Bibeloty na półkach pokryte były grubą warstwą białego kurzu. U sufity wisiały rozliczne pajęczyny. A podłoga zdawała się być szara i wyjątkowo brudna oraz niezmiernie głośno skrzypiała przy każdym moim ruchu. Okno zaś szare i popękane, tak że nie mogłem przez nie niczego dostrzec. Z resztą nie potrzebowałem, a przynajmniej tego się trzymałem. Świat poza tym pokojem nie liczył się. Nie chciałem widzieć promieni słonecznych, dziewcząt radośnie bawiąc się przed pałacem i pięknych kwiatów kwitnących w ogrodzie. Moje serce skamieniało, zrobiło się twarde i oporne na wszelkie radości. Ruda broda urosła mi do połowy klatki piersiowej, a jej kosmyki były bardzo niesforne i ustawiały się każdy w inną stronę. Ognista czupryna przez ten czas trochę wyblakła i przybrała postać długich, rozczochranych włosów. Oczy nadal mieniły się nieposkromionym gniewem i pełne były iskier, ale pozbawione chęci życia i woli walki. Ubrany byłem w jakiś stary kaftan, którego nie zmieniałem od dłuższego czasu. Teraz zamienił się w jakiś podarty i śmierdzący łachman. Butów nie posiadałem, ponieważ gdzieś je zgubiłem. A wszystkie cenne przedmioty zdążyłem już wymienić za alkohol.
Czasami rozmyślałem o życiu poza tą komnatą. Na pewno toczyło się innym biegiem niż moje. Słyszałem te radosne okrzyki sprzed pałacu. Oni byli szczęśliwi, weseli, pełni nadziei… Ja wiedziałem, że nadzieja nie istniała. Moje myśli często kończyły się na moim synku. Nie widziałem go prawie od miesiąca. Na pewno przez ten czas musiał urosnąć. Ciekawiło mnie jaki jest. Czy przypomina z wyglądu mnie? Czy czasami pyta o mnie? Czy tęskni jak ja za nim? Miałem tak wiele pytań, na które nikt nie mój mi odpowiedzieć? A może to mnie przypominał z charakteru? Modliłem się, aby nie. To byłoby jego zgubą… On nie mógł być taki jak ja i przejąć moich ułomności. Dlatego wolałem się odizolować od małego Murada. Nie potrzebował mnie, byłem tylko niepasującą częścią tej układanki, która mogła sprowadzić go na dno. Jestem zwyczajnym problemem. Dla niego lepiej, aby nigdy nie dowiedział się kim jest jego ojciec…
- Sehzade… - obróciłem się gwałtownie do tyłu, za moimi plecami zauważyłem Canfedę Kalfę. Opiekunkę moje syna jak i haremu. Osobę, której w pewnym sensie mogłem powierzyć tę pieczę. Czy jej ufałem? Oczywiście, że nie. Nie robiłem tego nawet sobie, więc jak mogłem innym. Wszystkich traktowałem jako wrogów, z wpisaną mi do nich nienawiścią. Ale znacznie lepiej mogła się nim zaopiekować niż ja. Była w końcu lepszą osobą, każdy był. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Nie widziałem jej od dobrych paru tygodni. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś zawita w mej komnacie. Jak wspominałem, nie mieliśmy zbyt przyjacielskich relacji. Wszyscy przede mną uciekali, każdego obrzydzałem sobą. Uważali mnie za zwykłego durnego pijaka. A ja wcale nie chciałem ich towarzystwa. Pragnąłem, aby o mnie zapomnieli i dali mi spokój. Książę Selim był już historią. Umierałem w samotności na chorobę duszy…
- Canfeda? Coś się stało? – zachrypiałem cicho. Mój głos odzwyczaił się od rozmawiania, raczej rzadko go używałem. Oprócz rozmawiania sam ze sobą do nikogo nie mówiłem. Zacharczałem głośniej. Zaraz potem wykrztusiłem z siebie porcję flegmy, którą wyplułem z boku. Martwiłem się, skoro Kalfa odważyła się przyjść do mojej jaskini zła, musiało się coś stać… Coś złego z moim synem… Chociaż to może dziwne, ponieważ nie posiadałem większych uczuć, a empatii i współczucia już na pewno, moje serce umiało wysilić się na zwykłą troskę o swoją latorośl.
- Nic się nie stało, książę… Po prostu… Sułtanka Nurbanu i książę Yanuş Murad spędzają dzisiejsze popołudnie w ogrodzie. Postanowili zaprosić cię do siebie na wspólny spacer… - wymamrotała nieco przestraszona moim piorunującym wzrokiem, utkwionym w niej. Spojrzałem po sobie. Jak w takim stanie mógłbym wyjść na zewnątrz? Obróciłem się do niej tyłem, zakładając ręce za plecami. Nie chciałem, aby dłużej spoglądała na moją szpetną twarz. Nie było na niej nic ciekawego. – Może zechcesz do nich dołączyć? – wymamrotała jeszcze na koniec. Uderzyłem pięścią w ścianę, zostawiając w niej wgniecenie. Otarłem obolałą rękę o skrawek potarganego sukna. Na chwilę zastanowiłem się przed odpowiedzią. Nie chciałem na nią krzyczeć. Nie chciałem być zbyt stanowczy i ostro odmówić. Bardzo się wahałem. Wiedząc dobrze, że nie powinienem stąd wychodzić. To byłoby niebezpieczne dla tych, których kocham. Odzwyczaiłem się już od życia, a ponowny powrót do niego byłby ciosem dla mnie i kolejnym początkiem wielkiego końca.
- Odejdź… Czy nie wyraźnie mówiłem, aby mi nigdy więcej nie przeszkadzać? Czy nie prosiłem, aby o mnie zapomnieć?! – wrzasnąłem ponownie, waląc pięścią w ścianę. Zabrałem ze stolika kielich wina i ruszyłem z nim w stronę drzwi. Przed ich uchyleniem zawahałem się. Być może robiłem teraz największą głupotę życia. Albo wreszcie kończyłem z moimi błędami. Wyszedłem z komnaty, zatrzaskując za sobą wrota. Stanąłem na korytarzu z przerażeniem rozglądając się dookoła. Moim celem był ogród, jednakże nie do końca wiedziałem jak tam się dostać. W moich żyłach przerażenie mieszało się z alkoholem… Muszę przyznać, że to nie było zbyt pożądane połączenie…

Comments